Kup do 14:30 nadamy tego samego dnia na paczkę paczkomatem! Dostawa w sobotę! Wysyłka gratis od 99 PLN

Nowość! Zaloguj się kontem Google lub Facebook!

Jak nie oszaleć w domu o 17:00? Moje zimowe koło ratunkowe (i dlaczego postawiłam na nie w moim sklepie)

Jak nie oszaleć w domu o 17:00? Moje zimowe koło ratunkowe (i dlaczego postawiłam na nie w moim sklepie)

Zaczęło się od desperacji na dywanie, czyli jak klocki stały się moim (i ich) ratunkiem

Znasz ten moment? 16:30, za oknem czarna noc, w domu dwójka dzieciaków z energią małej elektrowni atomowej, a Ty marzysz tylko o tym, żeby na chwilę usiąść. Bez „Mamo, on mi zabrał!”, „Mamo, nudzi mi się!”, „Mamo, jeść!”.

Przyznam szczerze: jako mama dwójki przedszkolaków, niejeden wieczór „przetrwałam” na bajkach. Ale umówmy się – po 30 minutach przed ekranem moje dzieci wcale nie są spokojniejsze. Wręcz przeciwnie, są jeszcze bardziej nakręcone.

Szukałam czegoś, co ich „uziemni”. I nie mówię o teorii z mądrych książek, ale o czymś, co zadziała w praktyce, kiedy ja będę w kuchni mieszać zupę. Tak trafiłam na klocki magnetyczne. I tak, spodobały mi się na tyle, że dziś sprzedaję je w swoim sklepie, bo po prostu widzę, co robią z moimi synami.

Dlaczego akurat klocki (i dlaczego u nas to działa)?

Przetestowaliśmy wszystko. Malowanie? Super, ale sprzątanie trwa dłużej niż zabawa. Ciastolina? Jest wszędzie, nawet w skarpetkach. Klocki magnetyczne (u nas królują Connetix - jakże inaczej) to jedyna rzecz, która potrafi u nas zamienić bitwę o poduszkę w… naradę konstruktorów.

To nie jest kolejna zabawka „na 5 minut”. Serio. One mają w sobie coś takiego, że dzieci wchodzą w taki dziwny stan skupienia. Cisza w pokoju dziecięcym przez pół godziny? To jest możliwe.
Nie ma „źle” ułożonych klocków. To dla mnie kluczowe. Moje chłopaki nienawidzą instrukcji. Tutaj po prostu łączą płytki i coś zawsze wychodzi. Rakietowy kurnik? Super. Zamek dla resoraków? Ekstra.
Wyciszenie. Budowanie wymaga od nich precyzji, więc automatycznie przestają biegać i krzyczeć. To dla mnie najlepsza terapia po całym dniu w przedszkolnym hałasie.

Moje „patenty” na przetrwanie (z życia wzięte)

Zanim wysypiemy klocki, mam kilka zasad, które ratują mi życie i podłogę:

  1. Dywan albo mata. Klocki na panelach robią straszny hałas, kiedy wieża się przewraca. Na dywanie jest ciszej, a klocki się nie rozjeżdżają.
  2. Światło! Jak już zbudują te swoje zamki, gasimy górne światło i dajemy do środka małe lampki na baterie albo latarki. Dzieciaki siedzą w tym półmroku i układają historie – dla mnie to czas na ciepłą (tak, ciepłą!) kawę.
  3. Zasada „zostaw to do jutra”. Jeśli zbudowali coś wielkiego, pozwalam im to zostawić na komodzie albo w kącie. Nic tak nie psuje nastroju jak kazać dziecku zburzyć coś, nad czym pociło się godzinę.

Kilka pomysłów, które u nas ratują wieczór:

  1. Zimowe miasteczko: Wyciągamy białe i niebieskie płytki, robimy tunele i „lodowe” jaskinie.
  2. Wieża do sufitu: Prosta rywalizacja – kto zbuduje wyższą, zanim grawitacja wygra. Przy okazji uczą się, że fundament musi być szeroki (lekcja fizyki zaliczona bez podręcznika).
  3. Garaż wielopoziomowy: Bo przecież każdy resoraki musi mieć gdzie spać.
  4. Witraże na oknie: Magnesy trzymają się ram, więc czasem budujemy „kolorowe szyby” – rano, jak wyjdzie słońce, cały pokój jest w kolorach.

Czego mnie to nauczyło?

Jako mama nauczyłam się, że nie muszę być animatorem. Nie muszę co chwilę mówić „a teraz zróbcie to”. Wystarczy dać im porządne klocki i… nie przeszkadzać.

A jako właścicielka sklepu? Często słyszę pytanie: „czy te klocki są warte swojej ceny?”. Patrząc na to, jak moje dzieciaki kombinują, jak ze sobą współpracują (zamiast się bić) i jak to rozwija ich wyobraźnię – z ręką na sercu mówię: tak. Wolę jeden porządny zestaw klocków magnetycznych niż kosz plastikowych zabawek, o których zapomną po dwóch dniach.

Eksperckim okiem: co wybrać na start?

Mała rada od serca (i z doświadczenia): Często pytacie mnie w sklepie, od czego w ogóle zacząć, żeby to miało sens i nie skończyło się płaczem po 5 minutach. Jeśli macie w domu dwójkę dzieci (albo jednego bardzo ambitnego budowniczego), to moim absolutnym numerem jeden jest zestaw Pastel Creative Pack 120 elementów.

Dlaczego akurat ten? Po pierwsze – kolory. Te pastele są obłędne i w wieczornym świetle lampki wyglądają jak prawdziwe klejnoty (moje oczy mamy estetki bardzo to doceniają). Po drugie – ilość. 120 elementów to jest ten „bezpieczny moment”, kiedy dzieciaki mogą budować dwa osobne zamki i nie kłócą się o to, komu zabrakło kwadratów. To zestaw, który faktycznie pozwala na te wszystkie konstrukcje, o których pisałam wyżej – od wież pod sufit po skomplikowane garaże.

Moja mała rada na koniec:

Nie poprawiaj ich. Nawet jak wieża jest krzywa. Nawet jak ten most „nie ma prawa stać”. To ich świat. Moim największym błędem na początku było to, że chciałam im „pomóc”, żeby było ładniej. Nie było warto ;)

Jeśli macie pytania o to, jak zacząć, jakie zestawy najlepiej łączą się ze sobą albo co kupić dla trzylatka, a co dla sześciolatka – piszcie śmiało. Przerobiłam to na własnym dywanie, więc chętnie podpowiem, co u nas sprawdziło się najlepiej.

Trzymajcie się ciepło w te zimowe wieczory!


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz samodzielnie określić warunki przechowywania lub dostępu plików cookie w Twojej przeglądarce.

Koszyk